Shopping, churching i hobby...ing

Shopping, churching i hobby...ing

Shopping, czyli robienie zakupów, można przełożyć również jako poszukiwanie tego, co chce się nabyć. Churching z kolei to poszukiwanie swojego miejsca w Kościele -  polegające często na odwiedzaniu różnych kościołów, branie udziału w różnych konferencjach, rekolekcjach, spotkaniach wspólnotowych: w celu znalezienia tej "idealnej" przestrzeni dla siebie. Czym zatem jest wymyślony przeze mnie (czy aby na pewno?) hobbying?

Nigdy nie brakowało mi hobby. Od dziecka miałam mnóstwo całkiem różnorodnych zainteresowań. Po trzydziestce coś się jednak zmieniło. Właściwie to chyba ciąża tak na mnie "podziałała". Pojawił się bodziec do poszukiwania... czego? Nowych wrażeń, nowych umiejętności? A może spełnienia dziecięcych marzeń?

Moja babcia była krawcową. Pamiętam, że jako dziewczynka uczyłam się z nią wyszywania. Samo szycie jakoś mnie jednak nie pociągało. Na oddanie maszyny Singera zgodziłam się bez wahania. Dwa lata później płakałam nad rozlanym mlekiem. Zaczęłam szyć i szyłam namiętnie około trzy lata. Pluszaki, poduszki, pościele, zabawki, sukienki i opaski dla dzieci. A gdy nie szyłam - to o szyciu myślałam. Albo tkałam na małym krośnie. Jak to jednak w życiu bywa - wypaliłam się i teraz rzadko sięgam po igłę i nitkę, a moje dwie maszyny tylko się kurzą.

Bullet journaling był zainteresowanie naturalnym, jako że zawsze lubiłam mieć wszystko zorganizowane, dopięte na ostatni guzik, przejrzyste. Przez dwa lata miałam prawdziwego hopla na punkcie bujo (i bijo, czyli Bible journalingu). Kanały na YouTube, Facebook, sklepy z naklejkami, Etsy. Washi tapes, flamastry, wzorniki, inspiracje. Doszłam niemal do perfekcji - i to prowadząc bujo dla całej, czteroosobowej, rodziny, a nie tylko dla siebie.

Nie wypaliłam się, choć trochę uspokoiłam w tym zakresie. Natomiast teraz mój telefon pika najczęściej w celu powiadomienia mnie o nowych filmach na zasubskrybowanych kanałach ogrodniczych. Już od pierwszych dni lutego zaczynam planowanie tarasu i grządek w ogrodzie. Zaraz potem dochodzi kupowanie nasion i pierwsze wysiewy na rozsadniki. Świr! Oglądanie opisów nawożenia pomidorów po serbsku czy kompletowanie listy zakupów w internetowym sklepie ogrodniczym o trzeciej nad ranem to moja codzienność. Zdejmowanie osłon z rozsadników każdego ranka, przestawianie ciężkich kamiennych donic na słońce i chowanie ich wieczorem pod daszek, zakrywanie agrowłókniną na noc., czy w późniejszym okresie nawożenie przeróżnymi, wykonanymi samodzielnie, specyfikami. I wciąż okazuje się, że znowu brakuje kilkudziesięciu litrów ziemi...

A Wy macie jakieś hobby?

Poniżej kilka zdjęć moich upraw :)









 

Moda w czasach zrównoważonego rozwoju: część druga

Moda w czasach zrównoważonego rozwoju: część druga

Tyle się mówi o tym, jak bardzo szkodzi naszej planecie ciągłe wytwarzanie nowych rzeczy (nie tylko ubrań), które szybko lądują w śmieciach. Przyzwyczailiśmy się do szybkiego zużywania wszystkiego i kupowania nowego, zamiast reperowania tego co popsute...

Na szczęście sklepy z używaną odzieżą przestały być miejscami, których się wstydzimy. Ba niektórzy nawet chwalą się wszem wobec, że tylko w takich się ubierają. Coraz częściej można spotkać wyprzedaże garażowe, czy nawet grupy na FB, na których ludzie z danej okolicy dają sobie wzajemnie znać, co mają do wydania (często nawet za darmo) i chętni to od nich zabierają. W ten sposób całkiem sporo osób mebluje sobie mieszkania, nabywa rowery czy odświeża garderobę.

I, co ważne, nie wstydzą się tego, ale są dumni: z tego, że dają rzeczom nowe życie, że znaleźli sobie coś nietuzinkowego, że zaoszczędzili, często całkiem spore, pieniądze. 

Innym sposobem jest wracające do łask rękodzieło. W czasach, gdy chodziłam do szkoły sweter robiony na drutach przez babcię, albo wydziergana na szydełku przez mamę czapka były powodem do wstydu, wyśmiewane, sprawiały, że młody człowiek był uznawany za niemodnego biedaka bez gustu i odtrącany przez znajomych. Przykre, ale prawdziwe. Żeby być zaakceptowanym, trzeba było mieć ubrania z metką (nawet nieoryginalną, ale jednak), spodnie z trzema paskami i pumę nadrukowaną na kurtce. Dzisiaj wiele młodych osób robi na drutach, szydełkuje, tworzy piękne rzeczy ze sznurków, a nawet meble z... palet transportowych. Znam osobiście rodzinę, która ma całą kuchnię zrobioną własnoręcznie z takich właśnie palet.

Moim sposobem na ograniczenie wyrzucania rzeczy, a również (co bardzo istotne) zaoszczędzenia niemałych kwot stało się Vinted. Zaczęło się niewinnie, od jednej torebki. Gdybym nie znalazła pasującego do niej kapelusza, pewnie tak by się skończyło. Tymczasem kupuję tam regularnie od dwóch lat. Ubrania, książki, elementy wystroju, biżuterię; ostatnio zakupiłam rowery! I sama także zaczęłam sprzedawać. Ubrania, zabawki z których dzieci wyrosły, biżuterię, różne niewielkie sprzęty, z których już nie korzystamy, bo nie mamy niemowlaków. Jednym słowem Vinted stało się swoistym sposobem na życie. Z jednej strony oszczędzam, z drugiej zarabiam: więc mam podwójny zysk. Robię to w domu. Np. w czasie chorowania na covida, zakupiłam rowery dla dzieci. I zawsze mam z tyłu głowy myśl, że ograniczam śmieci. Bo nie wyrzucam ubrań tylko dlatego że się w nie nie mieszczę, a moje córki ze swoich wyrosły. I, nie kupując nowych, ograniczam podaż na nie. Zyskuję ja, zyskują inni mający konto na Vinted i zyskuje przyroda. Sytuacja win-win!

 


 


Groty i podziemia - podróż w przeszłość

Groty i podziemia - podróż w przeszłość

Ani się człowiek nie obejrzał, a kalendarz wskazuje już połowę kwietnia. Zaczynamy planować wyjazdy na długi weekend majowy, potem znowu w czerwcu. Kilka wyjazdów nam się rzeczywiście w najbliższych miesiącach szykuje. A, jako że lubimy być przygotowani i mieć różne opcje, ogarniamy, co też ciekawego można zobaczyć i zwiedzić w okolicach, w które się udajemy. Pomyślałam, że to idealny moment, by i z Wami się podzielić takimi ciekawostkami, w związku z czym wznawiam opowieści o górach świętokrzyskich.

O tym, że jaskinia Raj jest najpiękniejszą polską jaskinią nie trzeba nikogo przekonywać. Nie z byle powodu nosi taką właśnie nazwę. Choć odkryta została stosunkowo niedawno, to już w czasach szkolnych się o niej w podręcznikach czytało. Wato trochę poczytać, przede wszystkim jednak uważnie słuchać przewodników. Po jaskini samemu nie chodzimy. Należy wcześniej zakupić bilet n konkretną godzinę i udać się z grupą pod opieką przewodnika. Grupy nie są też zbyt liczne - i to nie ze względu na ograniczenia covidowe. Po prostu mogłoby to być niebezpieczne - tak dla zwiedzających, jak i samej jaskimi. Bilety można zamówić prze Internet, co bardzo ułatwia sprawę. 

Naprawdę warto. To wyjątkowe przeżycie dla zwiedzających w różnym wieku. Ja byłam po raz drugi i byłam tak samo zachwycona jak wcześniej. Sześciolatkom i czterdziestolatkom również bardzo się podobała. Ważne: w Raju nie można robić zdjęć.

Nowością dla mnie było Centrum Neandertalczyka, które zostało otwarte stosunkowo niedawno (moja pierwsza podróż w świętokrzyskie to rok 1996). Bardzo reklamowane i polecane jako wspaniałe miejsce dla całej rodziny, bardzo edukacyjne. I to chyba jedyne miejsce, które... nas w te wakacje nie porwało. W porównaniu z innymi wystawami związanymi z prehistorycznym człowiekiem jest małe i niespecjalnie ciekawe. Przeszliśmy całość w kilka minut, dzieciom podobał się mamut, ale... Przecież nie był prawdziwy, więc szybko się znudził. Ogólnie rzecz biorąc - jeśli już zwiedzacie jaskinię Raj, to możecie wstąpić do Centrum. Choć tanio nie jest. Ale jechać tam specjalnie chyba nie ma co. Byliśmy trochę zawiedzeni.

Jeśli jednak interesuje Was, jak żyli ludzie w czasach na długo przed powstaniem państwa polskiego to zdecydowanie polecam Krzemionki. Wyśmienity kawał historii, świetni przewodnicy. Podróż w przeszłość i jednocześnie ładne, zadbane miejsce. Możemy zobaczyć wykopaliska rzeczywistych miejsc życia i - ciężkiej - pracy prehistorycznego człowieka na naszych ziemiach. Częściowo chodzimy po lesie i poznajemy jego florę i faunę. Jest i zagroda z owcami, które urzekły dzieci. I naprawdę spora dawka wiedzy przyrodniczej, historycznej, ekonomicznej i społecznej. Warto!

Ostatnie nasze podziemne wojaże to Opatów. Niewielkie miasto, ale bardzo urzekające. No i podziemia miejskie - zupełnie co innego niż jaskinie, a jednak równie ciekawe. Dzieciaki były zachwycone, a ja przypomniałam sobie, dlaczego te tereny są tak intrygujące historycznie. Mieliśmy także wyśmienitą przewodniczkę, która zdawała się znać odpowiedzi na wszystkie pytania, a wierzcie mi: dzieciaki potrafią pytaniami zamęczyć i zbić z tropu każdego dorosłego. 




Więcej zdjęć z naszego urlopu możecie zobaczyć w poście z sierpnia 2022.

 

 

 

 


Nowy (nie)wspaniały świat

Nowy (nie)wspaniały świat

Jutro minie rok od rosyjskiej agresji na Ukrainę. Wydarzenia, które w przemożnym stopniu zmieniło życie nie tylko samych Ukraińców (i Rosjan), ale i całej wschodniej Europy, a nawet i świata. Bo trudno zaprzeczyć, że ta wojna codziennie wpływa na ludzi zamieszkujących różne państwa, choćby poprzez wynikający z niej kryzys na rynku gazu.

Pamiętam ten lęk pierwszych tygodni. Rosja jawiła mi się wówczas jako potwór, którego z pewnością Ukraina nie zatrzyma. Obrazy w Internecie były przerażające. Nie chciałam tego oglądać, nie chciałam za wiele słuchać. Znów powrócił przemożny lęk sprzed dwóch lat, z początków pandemii. Nie sposób określić, co przeżywali Ukraińcy, również ci mieszkający w Polsce, których rodziny pozostały tam, w strefie wojny. Łzy, bezradność, lęk, nadzieja na szybki koniec. Wielu wracało do domów, by być z bliskimi, albo przewieźć ich przez granicę, w bezpieczne miejsca. 

Tworzono strefy dla uchodźców, którzy przybywali do Polski niczym fala tsunami. Staraliśmy się przyjąć, ugościć, pocieszyć, dać namiastkę bezpieczeństwa, ochronić choćby kobiety i dzieci. Tych ostatnich wiele pojawiło się w naszych przedszkolach i szkołach, te pierwsze występowały o PESELe dla siebie i swoich pociech, a potem o świadczenie 500+. I tutaj pojawiły się pierwsze wrogie podszepty. Bo owszem, pomagać niby każdy chce, ale dlaczego ukraińskie dzieci mają chodzić do przedszkoli, skoro dla polskich nie było miejsca? Dlaczego Ukrainki mają dostawać jakieś świadczenia pieniężne, skoro pieniędzy brakuje dla Polaków? A dlaczego im w ogóle pomagać, skoro przecież... pamiętamy o Wołyniu? 

Pierwsza fala minęła. Mega-akcje społeczne, oddolne pomaganie, zbieranie środków czystości, jedzenia, ubrań, jeżdżenie na granicę... powoli zmieniło się w polskie narzekanie. Że tych Ukrainek to za dużo już, że mają dobre telefony, a o 500+ proszą, że jeżdżą dobrymi samochodami, a dzieci mają darmowe przedszkola, że nie mówią po polsku, ale chcą w Polsce zamieszkać. Smutne, trudne do przyjęcia argumenty, z którymi już wcześniej próbowałam się tutaj rozprawić.

Ten lęk dorosłych odczuwały i dzieci. Choć ograniczaliśmy im dostęp do wiadomości, to przecież nie sposób było zupełnie ich unikać. W przedszkolu pojawiły się dzieci z Ukrainy. Opowiadały czasami, a nieraz i nie, ale sam fakt ich bycia obok tym naszym wystarczał. Widziały też ten początkowy zryw i same też chciały pomagać. Dzieliły się zabawkami, przyjmowały do swoich grupek nowych kolegów i koleżanki. Dopytywały. I bały się... że wojna przyjdzie i do nas. Że w nocy nasz dom zbombardują. Że któregoś dnia przyjadą żołnierze i nas wypędzą. A przecież i tak nie znały jeszcze tych najgorszych obrazów, które w nas pozostaną na zawsze...

Źródło: https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/brutalne-slowa-ukrainskiego-ambasadora-musimy-byc-przygotowani-na-bombardowanie/nn37242

 

W serii "Wojny dorosłych, historie dzieci" pojawił się kolejny tom. Tym razem traktujący o wojnie w Ukrainie (tej w 2014).  Co znamiennie, choć wcześniej moje dzieci lubiły książki z tej serii i słuchały ich z zainteresowaniem, to o tym, co się działo kilka lat temu za naszą granicą słuchać nie chciały. Było to za bardzo przerażające, za bliskie ich doświadczeniom.

Czy ten lęk pozostał? Teraz rzadko już się o Ukrainie na co dzień mówi. Ta rakieta, która spadła w Polsce była jedynym takim momentem od miesięcy, kiedy temat powrócił w codziennych rozmowach. I dzieci znów się bały, nie mniej od nas, może i bardziej, choć przecież o wojnie wiedzą znacznie mniej...

Dzisiaj znowu słyszymy o Wołyniu. I nie, absolutnie nie jestem za przemilczaniem historii. To ostatnie, co bym poparła. Historię należy znać, rozliczać z niej i wyciągać z tych doświadczeń wnioski. Ale jakoś wśród tych wszystkich osób wypominających Ukraińcom Wołyń, niewielu krzyczało, że to Niemcy były odpowiedzialne za większość okrucieństw na polskiej ziemi (a i do zbrodni wołyńskiej przyłożyli rękę), a dzisiaj jakoś wszyscy z Niemcami współpracują, z Niemiec przywożą artykuły gospodarstwa domowego, chemię i wspaniałe samochody. Nagle wszyscy chcieli rozliczać Wołyń, jednocześnie zapominając, co Rosjanie na tym Wołyniu robili potem.

Dzisiaj, po roku, każdy zataczający nad naszym domem śmigłowiec (a mieszkamy obok lotniska, więc jest ich sporo) powoduje przyspieszenie bicia serca. Sztuczne ognie wybuchające bez znanego powodu także. Alarmy włączające się (często w ramach różnych ćwiczeń) w dużych centrach handlowych też. A wypisany wielkimi literami na czerwonym tle napis "PILNE!" wyskakujący co jakiś czas w Internecie zmusza do czytania, z obawą, że może Rosjanie znów popełnili jakąś zbrodnię przeciwko ludzkości, albo może zbliżyli się za bardzo do polskiej granicy. Dużo tych strachów, tych momentów lęku. A kiedy sobie tylko pomyślę, co na co dzień przeżywają ludzie mieszkający w strefie wojny...

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, wierzyć, że to szaleństwo się wkrótce (naprawdę niedługo) skończy.

Ospa wietrzna

Ospa wietrzna

Mamy ospę. Właściwie nie tyle my, ile Aria ma ospę. Rebeka, o dziwo, nie zachorowała, chociaż siedzimy w domu już od 10 dni. To jedna z tych niezrozumiałych sytuacji, kiedy w domu panuje naprawdę zaraźliwa choroba, a choruje tylko jedno z dzieci. Na dodatek bliźniaków. Nie o tym jednak chciałam dzisiaj pisać.

Trzy dni przed zachorowaniem Arii, dotarły do mnie sygnały, że w klasie pojawił się przypadek ospy (w ciągu trzech dni było ich już przynajmniej dziesięć). W tym samym czasie chorowała moja chrześniaczka: 300 kilometrów stąd. Wiedziałam zatem, że coś jest na rzeczy. Nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, że na ospę wietrzną można dzieci zaszczepić. Chociaż mamy wszystkie dodatkowe szczepienia poza meningokokami (nawet na odkleszczowe zapalenie opon mózgowych), to tego nie robiliśmy. Dlaczego? Ponieważ nikt nam o tym nie powiedział. Tak, wiem, że mogłam sama sprawdzić, ale jednak o wszystkich pozostałych szczepieniach były informacje. Co poszło nie tak? 

Cóż, kiedy nie wiadomo, o co chodzi, na ogół chodzi o kasę. Tym razem zapewne również. Dzieci żłobkowe (i chyba przedszkolne) mogą zaszczepić się przeciwko ospie wietrznej za darmo. Dzieci starsze muszą już zapłacić. I to niemało, jest to rząd około 500 zł. Dlaczego tak jest? Świetne pytanie. Wszak do przedszkola ani, tym bardziej, żłobka żadne dziecko chodzić nie musi, a szkoła jest obowiązkowa. Natomiast z wekiem dzieci wcale nie stają się odporne na tę chorobę. To 12. roku życia jest ona popularna, a obecnie naprawdę daje się we znaki w wielu miejscach, na terenie całego kraju. 

Zapisaliśmy dzieci na szczepienie. Cóż, zawsze jest szansa, że przejdą chorobę lżej. Chociaż tysiąc złotych jest niemałym wydatkiem chyba dla każdego. Ostatecznie nie zdążyliśmy, ponieważ dzień po zapisaniu pojawiły się pierwsze krosty i gorączka.

Chciałam jeszcze napisać o jednej kwestii. O szczepieniach ogólnie. Przeraża mnie ten trend nieszczepienia dzieci. Tego unikania szczepionek, jakby były całym złem tego świata. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że niektórych dzieci szczepić nie można, ponieważ mają pewne choroby, które to uniemożliwiają. Ok, to zrozumiałe. Ale kiedy rodzice nagminnie nie szczepią swoich pociech, bo uważają, że ich dziecko to ich wybór... to już nie jest ok. Jasne, ich wybór. Ich dziecko zachoruje, oni będą mieli problemy, będą widzieli cierpienie dziecka, smutek, może spędzą z nim ileś dni w szpitalu. Oby nie skończyło się poważniej. Ale tak, ich sprawa. Z tym że takie dzieci roznoszą choroby, na które zapadły, bo nie zostały zaszczepione.. Tacy rodzice ponoszą odpowiedzialność nie tylko za swoje dzieci, ale i za pozostałe, które te dzieci zaraziły. Dzieci, które są za małe na daną szczepionkę, dzieci, których z powodów zdrowotnych zaszczepić nie można w ogóle. I to już jest karygodne. Choćby nie wiem co, nie zmienię zdania. Jestem w stanie zrozumieć lęk przed niepożądanymi odczynami poszczepiennymi. Jednak w sytuacji, gdy laik uważa na podstawie choćby i najlepszej internetowej kwerendy), że ma więcej do powiedzenia niż całe sztaby lekarzy i farmaceutów, a tym samym ryzykuje zdrowiem i życiem większej populacji, powinien zostać srogo ukarany. Choćby dla przykładu, by inni nie poszli jego śladem.

Tymczasem wracam do smarowania krost (gorączki już nie ma) i mam nadzieję, że idziemy już tylko ku lepszemu. Zarówno z naszą domową ospą, jak i z ogólnospołeczną świadomością o tym, że szczepienia ratują życie, a nie je odbierją.   

Dla ilustracji... nasze ospowe podróże. O wszystkich innych musimy na ten czas zimowych ferii, niestety, zapomnieć. 

 



Moda w czasach zrównoważonego rozwoju

Moda w czasach zrównoważonego rozwoju

 

Sięgająca nawet 10 metrów w głąb Oceanu Spokojnego, zajmująca ponad 1,5 miliona kilometrów kwadratowych i ważąca być może nawet 130 tysięcy ton Wielka Pacyficzna Plama Śmieci to ogromna katastrofa ekologiczna, za którą w głównej mierze odpowiedziane jest zaledwie 6 ze 195 państw. Nie ma jednak co się oszukiwać, że każdy z nas nie przyłożył do jej powstania ręki. Sama produkcja tekstyliów generuje ok. 20% globalnego zanieczyszczenia wody i 10% emisji gazów cieplarnianych na świecie. Tymczasem ponad 60% ubrań na świecie można by poddać obróbce zmierzającej do ich powtórnego wykorzystania. Świadomość tego w społeczeństwie rośnie, trudno jej jednak przebić się przez głęboko już w nas zakorzeniony konsumpcjonizm.

„Sztuka niewychylania się jest nam wpajana tak konsekwentnie, że stąd krok już tylko do usunięcia się w cień” pisała w 1966 Joan Didion i trudno się z tym nie zgodzić, choć mięło już niemalże sześć dekad. Od małego uczeni byliśmy, by wtapiać się w tłum, nie odstawać od rówieśników, nie wychylać się. Jednocześnie w ostatnich latach coraz częściej mówi się o indywidualizmie i własnym stylu. Również, a może przede wszystkim, w modzie. Ścieranie się tych dwóch „szkół” to swoista walka, również zahaczająca o zrównoważony rozwój: tak człowieka jako jednostki, jak i całych społeczeństw i ich gospodarek.

Postaram się w tym roku pochylić nad tym problemem. Skupię się na teoriach ubioru w czasach, gdy zrównoważony rozwój staje się normą w branży mody i spróbuję odpowiedzieć na pytanie, jak moje osobiste wybory wpasowują się w te trendy. Jednym słowem: jak moja praktyka ma się do teorii.

 


 

 

 

Santo subito?

Santo subito?

Właśnie mieszałam bigos na sylwestrową imprezę, gdy spojrzałam na telefon. Właściwie od wielu dni dochodziły do nas informacje, wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę, wszyscy się z tym liczyliśmy, a jednak chyba nie do końca... Było kilka minut przed 11:00. A może kilka minut po... i wówczas przeczytałam tę wiadomość: że o 9:34 do domu Ojca powrócił Benedykt XVI, Joseph Ratzinger.

Miałam 22 lata kiedy umarł Jan Paweł II m. Nie znałam wcześniej innego papieża  całe moje życie to był on, Karol Wojtyła. Szok, takie zagubienie, ale jak to bez niego? Pamiętam ten pogrzeb, oglądany w telewizji, w sanatorium, w którym trzeba było za ten telewizor zapłacić. Pamiętam tę całą atmosferę. To było coś w pewnym stopniu wyjątkowego. To santo subito! i oczekiwanie na wybór nowego papieża.

Po Polaku, Niemiec. Ten jeden papież, którego miałam okazję osobiście zobaczyć, całkiem blisko, dosłownie kilka metrów ode mnie, machającego przez okno samochodu, w Warszawie. A kiedy przeprowadziłam się pod Warszawę, nie minęło nawet 10 miesięcy, a świat obiegła informacja o abdykacji. Jak to papież abdykuje? Papież odchodzi? Nie czeka na śmierć? Coś tak nowego, tak niespotykanego, tak wyjątkowego, tak szokującego, budzącego strach, lęk, niepewność. Ciężki, trudny Wielki Post 2013 roku... I znów pamiętam: tym razem nie przed telewizorem, a przed ekranem komputera, śmigłowiec, ten samochód, to opuszczenie papieskiego domu.

I znów konklawe, po tak krótkim czasie i wybór kolejnego papieża. Początkowo pewna radość, bo jest, bo nie zostaliśmy sami. Potem wielokrotnie: zwątpienie, szok, niezrozumienie. Trudny ten pontyfikat, stojący często w opozycji do poprzedniego, powodujący niesnaski, konflikty, może faktycznie kolejną schizmę, ale nie o tym dziś. Bo wciąż przez te lata, gdy papieżem był już Franciszek, Benedykt XVI nadal nim był. Był czy nie był? Emerytowany papież, emerytowany biskup Rzymu, papież senior, kardynał Ratzinger. Trudno było przywyknąć, trudno było stwierdzić, jak właściwie o nim mówić, jak o nim myśleć. Wątpliwości raczej nikt nie miał co do tego, że był wielkim teologiem wielkim, dostojnikiem Kościoła, rozmiłowanym w Jezusie. Niektórzy zapamiętają go jako tego papieża, który wyglądał jak Święty Mikołaj, choć niewielu wówczas pomyślałam, że to przecież Mikołaj spapugował papieża, a nie odwrotnie. Jedni zapamiętają jego miłość do Tradycji przez duże T, jego Motu proprio, inni uważali go za skostniałego starego człowieka, który próbuje w pewnym stopniu wrócić do tego, co było przed Soborem Watykańskim II, jeszcze inni widzieli w nim modernistę. Jedni szanowali za to, że abdykował, inni pogardzali za taką decyzję. Niezależnie jednak od tego, niewielu nie uznawało w nim papieża.

Joseph Ratzinger wrócił do Domu Pana. Kocham Cię, Jezu! Kocham Cię, Jexu, mówił, idąc do Domu Ojca. W czwartek pogrzeb. Noe będzie mi dane tym razem obejrzeć na żywo, ale z pewnością przed telewizorem i zasiądą miliony ludzi. Czy Benedykt XVI o tym myślał? Zapewne nie. Ważniejsze były dla niego modlitwy, dlatego, choć nie zobaczę pogrzebu na żywo, modlę się za jego duszą. Santo subito? Niektórzy mówią, że tak: będzie znów szybki proces beatyfikacyjny, a potem kanonizacyjny. Santo subito, natychmiast święty! Czy to dobrze? Czas pokaże. Umarł papież, lecz przecież wciąż mamy papieża. Nie będzie na razie kolejnego konklawe, bo tron Świętego Piotra nie pozostaje pusty...


Źródło: https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2023-01-02/watykan-ogromna-kolejka-chcacych-oddac-poklon-zmarlemu-benedyktowi-xvi/
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Codziennik Ewy , Blogger