Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty
Rekolekcyjnie

Rekolekcyjnie

Różni ludzie potrzebują rozwoju osobistego w różnym stopniu. I w ogóle różnie go rozumieją. Sama przez przynajmniej półtorej dekady miałam uczulenie na to pojęcie. Dlaczego? Ponieważ to, co tak wielu próbowało mi przedstawić jako rozwój osobisty nim dla mnie nie było. Z drugiej strony: to, co ja uznawałam za rozwój osobisty nie było nim dla tych, którzy w tej dziedzinie zdają się być mistrzami.

Nadszedł jednak taki moment, kiedy dotarło do mnie, że pod tym pojęciem można znaleźć znacznie więcej, niż starają nam się wmówić osoby działające w MLMach. Gdy w końcu to sobie uświadomiłam, znalazłam grono ludzi, którzy pod tym pojęciem znajduje inne wartości. Podobnie jak ja. 

Dzisiaj chciałam jedynie liznąć temat. Jednym z najważniejszych dla mnie sposobów rozwoju osobistego (poza czytaniem, oczywiście) są rekolekcje. Kiedyś uwielbiałam brać udział we wszystkich, na jakie trafiłam. Zdarzało się, że w jednym Wielkim Poście byłam na trzech różnych rekolekcjach w realu i jeszcze odsłuchiwałam codziennie dwóch czy trzech rekolekcjonistów on-line. Jednak zaczęło mnie to męczyć Bo zamiast czerpać z tej studni, zamiast sięgać do Źródła... odhaczałam jedynie kolejne zdarzenia. 

Jasne, teraz też czasami kusi mnie, żeby się jeszcze gdzieś pojawić, jeszcze na coś zapisać. Staram się jednak podejść do tematu na poważnie. Obowiązki stanu nie pozwalają mi na taki swoisty churching. Wybieram zatem bardzo starannie, rozważnie, z wyprzedzeniem. Tak staram się zorganizować obowiązki w domu i pracy, by te kilka dni rekolekcji było rzeczywiście w jak największym stopniu skupieniem na ich istocie. Nie jest to proste. Nie udało by się, gdybym tych rekolekcji miała więcej. 

Jaki z tego morał? Człowiek uczy się całe życie. I całe życie szuka najlepszej drogi dla siebie. Ja znalazłam taką, która jest najlepsza dla mnie w obecnej chwili. Za kolejne pięć czy dziesięć lat może się okazać że znów przyjdzie mi ją zmienić.


 

 

Wracamy do Lasek

Wracamy do Lasek

Chciałabym móc napisać, że po raz trzeci w tym roku pojechałam do Lasek. Niestety, ten wyjazd jeszcze musi poczekać. Pewnie dopiero zimą, może nawet wczesną wiosną. Zobaczymy. Jednak moje myśli często wędrują ku Laskom, które stały się bardzo bliskie memu sercu. 

W zeszłym tygodniu wybrałam się z przyjaciółką na pielgrzymkę po warszawskich kościołach. Pierwszym z nich była Bazylika archikatedralna. W niej to właśnie znajduje się grób błogosławionego Stefana kardynała Wyszyńskiego. Dlaczego o tym piszę? Nie tyko dlatego, że Prymas Tysiąclecia został ogłoszony błogosławionym tego samego dnia, co Matka Czacka. Głównie dlatego, że w wielkim i wspaniałym Dziele Lasek miał swój udział. I o tym chciałam napisać kilka słów.

 

Źródło: wikipedia.pl

 

Do Lasek ksiądz Wyszyński został wysłany latem 1942 rok. Służył tam jako kapelan, również dla oddziałów Armii Krajowej, a w czasie powstania warszawskiego także kapelan w szpitalu powstańczym, który mieścił się właśnie w Laskach. Służba żołnierzom polskim oraz ociemniałym dzieciom wpisała się w jego codzienny "grafik". Zajmował się chorymi i rannymi, sam ponoć, na własnych ramionach, przynosił do szpitala rannych. 

Zakończenie wojny nie zakończyło jednak odwiedzin w tym niezwykłym miejscu. Kardynał wrósł już w to środowisko, a dotychczasowe doświadczenia nazywał swoistym "nowicjatem". I do Lasek często wracał. Przyjaźń z Matką Czacką trwała do ostatnich dni jej ziemskiego życia. I to on wygłosił mowę pożegnalną na jej pogrzebie. I o Dziele Lasek nigdy nie zapominał.

Nie sposób mówić o Laskach i nie pamiętać o Prymasie Tysiąclecia. Nie sposób też mówić o Kardynale Wyszyńskim, pomijając Laski. 


Powieść...

Powieść...

Kiedyś pisanie nie było dla mnie problemem. Miałam głowę pełną pomysłów i całkiem sporo czasu, by przelewać je "na papier". Zaczęłam już w podstawówce. Najpierw w zeszytach, potem pisałam na maszynie. Napisałam mnóstwo różnych tekstów. Kilka nawet ukończyłam.

Przełom nastąpił w 2009 roku. Zaczęło się od pomysłu na jakiejś grupie na Gronie czy Naszej Klasie. Pierwsze sto stron poszło szybko. Potem napisałam ciąg dalszy. Trzecią część, w końcu czwartą. Zaplanowałam sobie jeszcze kolejnych 13 tomów, razem miała być seria 17 tomów. 

Cztery pierwsze ostatecznie połączyłam w jedną całość. Obecnie mam 644 strony w Wordzie, 872 strony rozliczeniowe.

Właśnie w tym roku postanowiłam zrobić kolejne podejście do tematu. Redakcja własnej powieści to temat rzeka. Znam tę historię. Mam ją w sercu. Kocham ją. To moje pierworodne dziecko. Znam postaci, wiem, co im się przydarzyło. Te historie są mi bardzo bliskie. Trudno jest coś wyrzucić. Coś usunąć na zawsze. Skoro to napisałam, to było ważne. Przez lata nie miałam do tego serca. Tym razem jednak podjęłam decyzję. Jeśli chcę, by ktoś się moją książką zainteresował, ona musi przekonać czytelnika, a nie mnie. Musi być czytelna dla niego, jasna, zrozumiała. Dla czytelnika, a nie tylko dla mnie. Tnę więc, dopisuję, poprawiam, uzupełniam, sprawdzam.

Przez dekadę wiele się w moim życiu zmieniło. Wiele się nauczyłam. Ale i na świecie sporo się wydarzyło. Nigdy nie przewidziałam pandemii COVID, nie przyszło mi do głowy, że mój lęk przed wojną będzie uzasadniony, że Ukraina będzie musiałam bronić się przed rosyjską agresją. Teraz muszę to wszystko uwzględnić w treści powieści.

Praca to żmudna, ale nadal uważam, że moja "Saga Wielkich Rodów" jest świetną lekturą, ma duży potencjał i może się wielu osobom spodobać. Dlatego pracuję nad nią dalej. I wierzę, że pewnego dnia zostanie wydana: nie własnym sumptem, ale przez jakieś dobre, cieszące się odpowiednią renomą, wydawnictwo.


 

Bujo, dzienniki, dzieciopisy i inne – z czym to się je?

Bujo, dzienniki, dzieciopisy i inne – z czym to się je?

Bujo, czyli bullet journallig. Z czym to się je? Mówiąc w wielkim skrócie – chodzi o prowadzenie dziennika, kalendarza, planera dostosowanego do naszych potrzeb. Na dniach przedstawię Wam linki do moich subskrypcji na Youtube – do osób, które się bujo zajmują, a od których ja czerpię inspirację i których filmy sprawiają mi wiele frajdy.

Dostosowany do nas, czyli jaki? No właśnie – to doskonałe pytanie. Choć namiętnie oglądam w ostatnim półroczu filmiki, przeglądałam kilka książek i naprawdę wkręciłam się w temat: nigdzie nie zalazłam tego, co mi do końca odpowiada. Większość osób, które się tym zajmują nie ma chyba rodzin. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Ich bujo dotyczą tylko ich, a ja muszę uwzględnić jeszcze Męża i dwójkę Dzieci. Ma to ogromny wpływ na to, jak mój planer wygląda.

Metodą prób i błędów, od lat zmieniam i udoskonalam. Bo w różnych latach mogę przecież kłaść nacisk na coś innego. Kiedy dzieci były malutkie, a wcześniej, gdy byliśmy tylko we dwoje – wyglądało to zupełnie inaczej. A i wkrótce znów czeka nas znaczna zmiana: dzieci idą do szkoły, a to oznacza przeniesienie zajęć dodatkowych z przedszkola na nasze barki, umieszczenie ich w planerze itd.

W tym roku mój planer wygląda w skrócie tak:

– wymiar A4, zbindowany

– po rozłożeniu widzimy cały tydzień, zaczynający się od niedzieli, bo tak wolę, tak się przyzwyczaiłam i od lat tylko z takich kalendarzy korzystam


– z boku miejsce na „myśl tygodnia”, rozpiskę menu oraz wydatki

– na dole stron sporo miejsca na notatki (w tym roku pola są w kropeczki, jak to najczęściej w bujo)

– na początku planera mam diagram z głównymi celami/planami na cały rok

– każdy miesiąc zaczyna się od planu miesięcznego oraz kończy się podsumowaniem miesiąca

– na początku każdego miesiąca mam tabelę „my year in pixels”: tu kontroluję moje nastroje i nawyki

 

– na końcu każdego miesiąca znajduje się słój wdzięczności, gdzie w każdą środę (a nieraz częściej) zapisuję, za co jestem wdzięczna

 

– nadto na samym końcu planera znajdują się: miejsce na wypisanie filmów i seriali, które obejrzałam (na książki mam od dekady plik xls i od tego nie odchodzę), kalendarz ogrodnika (rozpiska, w jakich miesiącach należy siać, sadzić i przesadzać konkretne rośliny, które uprawiam), miejsce na listy prezentów wielkanocnych i bożonarodzeniowych oraz jednostronicowy kalendarz imienin, urodzin i innych okazji wśród najbliższych, by o nich nigdy nie zapomnieć (szczegółowo są wpisane pod danymi datami w kalendarzu ogólnym, ale taki mały na jeden rzut oka jest również bardzo przydatny).




 

Cały mój planer jest do tego bardzo kolorowy. Mam swoje kolory na różne zadania, dzieci mają swój, mąż swój. Ponadto inaczej oznaczam aktywności całą rodziną, inaczej te, które są tylko małżeńskie. Używam mnóstwo naklejek, sama sporo rysuję (tu inspiracje z Youtube są na wagę złota), uwielbiam kolorowe karteczki do oznaczania.

Mogłoby się wydawać, że to dużo, prawda? Tymczasem na tym nie kończę. Poza planerem mam jeszcze:

– Dwa dzieciopisy: zeszyty, w których co miesiąc zapisuję sobie obserwacje dotyczące moich dzieci – dla każdego dziecka osobno; moje przemyślenia, ich rozwój, problemy (ich oraz moje z nimi). Pozwala mi to lepiej je poznać i lepiej planować wspólny czas – tak, byśmy wszyscy czerpali z niego jak najwięcej radości i przyjemności

– Dziennik duchowy: w nim zapisuję sobie moje duchowe rozterki, ważne słowa z homilii czy Spowiedzi świętej, postanowienia wielkopostne i adwentowe, podsumowania rekolekcji itp. Tu również notuję kwestie wynikające z lektury Pisma Świętego i innych lektur religijnych


 

– Zeszyty do kursów: lubię notować na papierze, jest on mimo wszystko bardziej trwały niż aplikacje w telefonie, gdzie zwykła awaria (bądź np. zmiana aparatu) są w stanie sprawić, że wszystkie notatki giną bezpowrotnie. Dlatego do każdego kursu (a kursów robię naprawdę sporo) mam zeszyt. Najczęściej jeden zeszyt starcza na 3-6 kursów


 

1.     Kalendarz ścienny: tu tylko kółeczkiem zaznaczam, kiedy mamy coś zaplanowane i dopisuję jednym słowem co – tak, żeby od razu było widać, kiedy mamy czas, a kiedy jesteśmy zajęci. Tu trafiają jedynie spotkania, wizyty lekarskie, wyjazdy – takie bardzo angażujące wszystkich aktywności. Z tego kalendarza korzysta również mój małżonek.

 

Na zakończenie odpowiedź na pytanie mojej przyjaciółki: „jak ja to wszystko ogarniam i utrzymuję na bieżąco i w porządku?”. Otóż wszędzie mam mnóstwo karteczek, notatek, wysyłam sobie maile z przypominaczami itd. Jednak codziennie rano wprowadzam te dane do planera, a karteczki lądują w śmietniku. Odznaczam sobie na bieżąco wszystkie działania i na koniec dnia widzę, czy wszystko zrobiłam. Każdego wieczora wprowadzam również dane do tabeli „my year in pixels”.

Tak oto wygląda mój proces twórczy. Wszystko na papierze, dużo kolorów i przede wszystkim: determinacji i zaangażowania.

A Wy, prowadzicie planery?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Codziennik Ewy , Blogger